Więc ja kobieta mam głęboki niedobór oksytocyny w dniu teraźniejszym. Stres mnie przenika, deracjonalizuje, infantylizuje, prawie nałzawia, ba, z myśleniem również ciężko. Ale nieważne, jestem twarda i bezuczuciowa jak głaz, czasem jeno przejawiam takie oto zadziwiające zachowania - czekam, tęsknię, namacalnie potrzebuje, wariuję, pragnę, głupieję.
Zatem po tym optymistycznym wstępie postanawiam spróbować odpierdolić się od samej siebie. Wakacje są przyjemnym czasem, zwłaszcza nagimi i cichymi tomaszowskimi nocami kiedy nie muszę musieć trochę więcej niż zazwyczaj. Zaczęłam od nowa czytać (wow, poczęłam posądzać siebie o wtórny analfabetyzm) i jak na razie brnę przez ciężkie śniegi literatury. J. Carroll w „Czarnym koktajlu” wyskakuje mi tu z gejami (i nie, nie jestem nietolerancyjna, tylko oni są WSZĘDIE, na litość....Ganeshy, oni - paradoksalnie - się rozmnażają przez pączkowanie. Z miejsca pozdrawiam wszystkich gejów czytających mój blog (: ), W. Wharton na pierwszej stronie „Al’a” rozkminia, ze Ptasiek był tylko imaginacją chorego umysłu rzeczonego tytułowego bohatera Al’a, a samo czytający się Harry Potter zna się już na pamięć i czasami nie daje nawet relaksu i zjedzenia czasu. Szkoda. Carrolla jednak przeczytam, bo uwielbiam absurd i nieoczekiwane wariactwo w jego książkach. Al.’a również przeczytam, bo akcja robi się ciekawa - mamy bowiem motyw chłopaczka zabijaki co to choruje na głowę podczas wojny, zostaje inwalidą i z tego tytułu, za rentę kupuje jeep’a i przemalowuje go na żółto nazywając MOTYLEM. Wygląda jak nieposkromiony hippis. Czyta o rzeczonych motylach straszne ilości książek, ba, maluje nawet te urocze stworzenia. Hitler, swoją droga, tez je uwielbiał. Nie dostał się na ASP. AL również się tram wybiera, co więcej – dostaje się i maluje te swoje motylki. Znajduje miłość, kupuje domek i jak dotychczas jest przemożnie szczęśliwy, mimo dającego się we znaki wariactwa. Well... taka utopia z odrobinką męczeństwa. Polecam, ale zadajcie sobie najpierw Ptaśka- bo psychodeliczniejszy i lepszy, zwłaszcza lepszy na nieistnienie, półistnienie i inne autodolegliwości.
Przyjemnie jest mieć świadomość, że nie jest się ostatnią porażka motoryzacji i że może jednak choć w małym stopniu nadaje się na kierownicę. Teraz łatwiej będzie rozjechać jakiegoś nieprzychylnego jegomościa tudzież doprowadzić do staniu niebytu kilka niewiast które to drażnią mi centrum agresji.
Wystarczy. Jak widać - niepisanie dobrze mi idzie. Jeśli czasem mnie czytacie - wybaczcie, ale nie miałam weny, a czytanie chłamu napisanego na silę zapewne przyjemnym doświadczeniem nie jest. Tak po prawdzie dopiero teraz mi się zachciewa pisarstwa, między buchami przez mleko filtrowanego kokosowego dymu.
Na koniec pozwolę sobie posłać kawałek muzyki.
1 http://www.youtube.com/watch?v=ALEN0fLqvC8 bez opisu, klik i już.
2 http://www.youtube.com/watch?v=Nn8aCsEyLFY ha-ha.
Nie pozdrawiam, żyjcie niezdrowi.
Szare dni wloką się w nieco przygnębiający sposób. Późnymi wieczorami jest obrzydliwie zimno, co wcale nie sprzyja pierwszym czerwcowym oznakom wakacyjnej wolności. Wszystkim chcica na słoneczko i błękitne niebo robi papkę z mózgu. Co tu robić, co tu robić.... Jasne, można gnieździć się w zadymionych lokalach, które obfitują gratisowo w niekiedy średnio przyjemne poboczne towarzystwo. Powszechnie jednakowoż wiadomo, że chmielowo-winne trunki smakują najlepiej w ciepłą noc w ulubionym ZACISZU z dala od dresowo-gimnazjalnej (uogólniając) populacji. Niech to, no trudno. Pozostaje żywić nadzieję, że niebawem deszcz i zapaskudzone niebo ustąpią miejsca warunkom bardziej endorfinowywołujacym.
Ale przecież i tak zawsze znajdzie się powód by się zwyczajnie ucieszyć. Mało ich (jakże łatwiej byłoby nie mieć garbu z ambicji i świadomości. Niektórym to do szczęścia wystarczy porządne urżnięcie lub porządne rżnięcie. Okrutny los, okrutny. Nie to, że pragnę się uwstecznić, tak sobie jedynie sarkam.), a jednak - intensywność humoropoprawienia trzyma się przez dobry tydzień. Mowa o niejakim festiwalu w LEDNICY. Zlocik chrześcijańskiej młodzieży, czemu nie - napaleńcy z gitarami, dobrymi humorami, wiarą, radością, peacem i lovem. Nie neguję, bo pewnie poszłabym z dymem jako pożywka dla lednicowego serduszka na niebie, tak gęsto goszczącego na zdjęciach w super serwisie nasza-klasa. Jednak dość żartów - jak ktoś potrzebuje, proszę bardzo, Lednica – fajna sprawa. Krew mnie tylko zalewa, gdy widzę co głupsze panienki, co bardziej na imprezach nie po chrześcijańsku pijane, co bardziej zaliczających owe lalusie chłopców robiących się z każdym dniem w oczekiwaniu na rybi festiwal mocniej i mocniej świętojebliwymi. Noszą te swoje lednicowe opaski, rybki, krzyżyki i inne ozdóbki, do kościoła, konfesjonału, sumienia i przyzwoitości zaglądając od czasu do czasu, przypadkiem, ot, gdy trzeba zwiedzić lub podczas alkoholowego zjazdu gdy morale nakazuje. No i zaraz mi nakrzyczą, że Bóg to nie Kościół, że nie rozumiem, że SĄ młodzi, mają prawa i bla bla bla. Wspaniale, tylko po co ta manifestacja? Pewnie, rybka na srebrnym łańcuszku tania i modna (tylko uważajcie sobie, szybko się farbka wyciera i rybcia ze srebrliwie pięknej i w pańskim blasku jaśniejącej robi się nieco przyrdzewiała). Zostawcie Lednicę dla tych, którzy naprawdę się z niej cieszą, czują ten klimat i mają z wiary prawdziwą radość. To oni mogą z kościelnej papki zrobić coś przyzwoitego w naszym uroczym katolskim kraju. A poudawać gorliwe modlitwy, upić i iść kopulować można na zwykłej imprezie, nie potrzebna do tego żadnej ideologii.
No i mam – Mistrz Kołakowski wprawia mnie w zakłopotanie bo „Mini wykłady o maxi sprawach” czytam, nie jak zwykłam- na łóżku, leżąc i herbatę popijając, tylko przy biurku, gdzie mości się tłusty słownik wyrazów obcych :D. Jednak po każdym kawałku myśli pana K. jest mi lepiej i z dziką radością odkrywam ósmą stronę spraw dotąd siedmio-i-pół stronnych. Więc jeśli jesteśmy już przy rybich tematach to może o człowieczeństwie Jezusa. Kołakowski pisze w wykładzie O SEKSIE o obrazie pana Martina Scorsese („Ostatnie kuszenie Chrystusa”) gdzie miedzy innymi ukazano pełnię cielesnego bycia człowiekiem. Nienaturalność katolickiego pojmowania Mesjasza polega na oddzieleniu jego osoby od seksualności - najsilniejszego z naszych popędów, nieodzownego u zdrowego i pełnego człowieka. Zatem, zakładając iż Jezus człowiekiem na Ziemi się stał, musiał być nim do końca. Wiadomo, że to dopiero Nowy Testament zawiera informacje, iż nasze ciało nie jest aż tak grzeszną instytucją, przyziemne przyjemności mają służyć miłości i dobru – Jezus jednak został przestawiony przez biblijno-kościelnych bajkopisarzy jako czysty i pożądaniem nieskalany. Trudno jednakowoż oczekiwać od jakiegokolwiek chrześcijanina by wyrozumiale pojął i przyjął teorię, że jego Bóg miewał ochotę na seks. Pamiętajmy, że film pana Martina S. został zakazany w niektórych krajach (np. w Polsce). No i trudno, tak zostanie jeszcze bardzo, baaaaardzo długo. Choć widać postępy - „Obywatel Milk” gościł na wielu polskich dużych ekranach, o dziwo. Nawet nie spotkałam bojkotujących staruszek w kinie „Pod Baranami” w mieście K.
Cóż. Naście lat temu czwórka napaleńców z bezkresnej Finalandii postanowiła zabawić się wiolonczelami w stylu co najmniej niekonwencjonalnym. Amatorzy metalowej nawalanki i poważnej klasyki – Eicca Toppinen, Max Lilja, Anero Manninen i Paavo Lötjönen - po nagraniu dwóch uroczych acz ciężkich kolęd, sięgnęli po sławę robiąc pyszne covery Metallicy używając do tego jedynie wiolonczeli. Pocoverowali więc sobie przez dwie płyty tworząc w międzyczasie coś swojego. Ich w całości osobista płyta - Cult - nadała im własny, niepowtarzalny styl, grono swoistych fanów i motywację do dalszego wiolonczelowania. Apocalyptica, bo o tymże zespole mowa, zawsze rozczula mnie pod koniec każdego roku szkolnego już pięć sezonów, ponieważ sięgnęłam po radosną twórczość Panow Finów mając ledwo 13 lat. Zakochanie od pierwszego posłuchania, dwa koncerty i nigdy nie kończące się ciarki podczas muzycznych z nimi orgii. Pozwolę sobie zatem zapuścić Wam kilka utworów zasługujących na uwagę. Zakładam niespodobanie się, jednak sumienie nie pozwala mi nie wspomnieć o Apokach na moim bogu.
1) somewhere around nothing - wspaniały teledysk, bardzo niekomercyjny. Utwór genialny, iście rock’and’rollowy. Polecam dotrwać do końca - Perttu gryzie swoja wiolonczelę a Eicca dostaje orgazmu :P http://www.youtube.com/watch?v=eM4qMuhEgeA
2) to zna każdy - cover Nothing Else matters Metallicy. Ja uwielbiam, wiolonczele wspaniale oddaja lirykę sensu tejże piosnki http://www.youtube.com/watch?v=rbTozgoj9OQ&feature=related
3) sceny z moich snów. KOCHAM teledysk a sam utwór jest bardzo przestrzenny, wielowarstwowy. Pasuje do stanu psychicznej normy. Harmageddon. Moim marzeniem jest usłyszeć na żywo na koncercie http://www.youtube.com/watch?v=qx4XNxHkMuc
4) Utwór widmo z płyty Reflections. Nigdy nigdzie nie miał żadnego znaczenia, na koncertach również się nie pojawiał. Dla mnie lekko pop-owy i przyjemnie rytmiczny. Driven http://www.youtube.com/watch?v=RV7VCu3Xo-U&feature=related
5) I na koniec mistrzostwo świata - napisane przez Eiccę dla ukochanej- Romance. Na żywo. Uwielbiam ich gdy wczuwają się maksymalnie w to, co grają. http://www.youtube.com/watch?v=CQwPnBUPmAs&feature=related
O rety. Wnoszę o wakacje w trybie natychmiastowym. Sytuacja, w której brakuje mi czasu na pół godziny z książką wieczorową porą robi się niebezpieczna, mój umysł się uwstecznia (no...i napisałam kulawy felieton do szkoły, nie będę się nim chwalić, może jakimiś mimochodnymi fragmentami). Postaram się nie narzekać na totalne marnowanie czasu w szkole wiadomej, w której matura i woda sodowa jakoś edukacji nam nie zapewniają. Nie będę marudzić na odwiecznie rujnujące nałogi. Na bezsenność, na ciężar oświecenia, na moja porażkę motoryzacji i bla bla bla.
Pogoda przeżywa dzikie klimakterium racząc nas upałami i ulewami po kilka razy w ciągu jednej biednej doby. Sytuacja taka jednakowoż mocno sprzyja truskawkowym żniwom, co uszczęśliwia moje podniebienie już od kilku dni. Sezonowość tych owoców mocno mnie smuci, jednak przypuszczam, że gdyby gościły w naszych jadłospisach okrągły rok, nie miałyby w sobie tak narkotycznej mocy.
Ruszyć się nie mogę. Truskawkowy orgazm.
Korzystając z mojego wyśmienitego humoru , popiszę może o czymś radosnym. Szczególnie, że to już ostatnie dni takiego a nie innego przeze mnie postrzegania świata, gdyż niebawem (WRESZCIE!!) dane będzie mi zrzucić szklaną barierę z mojego nosa, jaką stanowią okulary, na rzecz przyjaznych memu sercu soczewek kontaktowych.
Więc póki brud i kurz osadzają mi się przed oczyma, ot na przykład, gdy czytuję sobie Cejrowskiego, dostrzegana przeze mnie radość ma jakby większą wartość. Pan Wojciech swoim trochę przesadzonym acz niezmiernie atrakcyjnym literackim stylem opowiada mi o nagich i naturalnie wydepilowanych Indianach, przeżuwających maniok dzikich kobietach, kokainowej wojnie w Kolumbii a nawet o swojej białoskórej, męskiej słabości co podrażnia mile moje psychologiczne powołanie. Polecam zatem pozycję „Rio Anaconda”, której to jeszcze co prawda nie skończyłam czytać, ale z czystym sumieniem mogę ją nieco poreklamować. Czytajcie, czytajcie – nic tak nie cieszy jak możliwość podyskutowania o literaturze, zwłaszcza tej poznanej przez obu dysputantów. Pozwolę sobie zatem w ferworze mego zadowolenia przytoczyć wypowiedź jaką można ujrzeć na okładce „Rio Anacondy” „ (...) Nie trzeba lubić Autora, żeby polubić tę książkę, bo czy się komu Cejrowski podoba, czy nie, trzeba przyznać, że opowiada bardzo ciekawie. Fantastyczne dialogi! Doskonałe zdjęcia! A wady? Jeżeli są, szukajcie ich sami, ja nie znalazłem. No może poza jedną: po czterystu stronach opowieść się kończy.” (T. Zysk)
To chyba zmęczenie. Nie przyswajam już niemal absolutnie nic szkolnego, bronię się przed rutyną fantazyjnie malując paznokcie, kocham się z literaturą, mimo że nie wolno bo świadectwo i ego protoplastów ucierpą. Pracy szukam, by hedonizm zaspokoić. A i tak codzienność tańczy mi przed nosem monotonnego walca, sprawia – jak mawia moja Kochana Dż. – że dni się zlewają, popadam w istną paranoję i generalnie głęboko milczę wydając z siebie jakiś ogólno towarzyski bełkot. To może o codzienności i ludzkości z patetyzmem. Z patetyzmem tak mnie naszło, nie bijcie jeno - ewentualnie porozmawiajmy o kiepskości mojego ą ę przesadzonego stylu. Proszę:
Podczas gdy Horacy stawiał swój pomnik, na wpół ślepy Michałek Anioł malował freski, Jezus zamieniał wodę w wino, Jagiełło wygrywał pod Grunwaldem, Chińczycy wynajdywali bombę atomową i powstawało licheńskie monumentum, bezczelnie przeciętni jak i nietuzinkowi, acz mniej popularni ludzie przeżywali swoją codzienność, namacalną rutynę, która jest jeszcze większym
i realniejszym, niż jakieś wojny, świątynie, bogowie, poezja czy malowidła, dowodem na to, żeśmy ludzcy. Dzisiaj, kiedy w rozwiniętych, cywilizowanych krajach równość i wolność gwarantują nam dostęp do niemal wszystkich dóbr, mass media bombardują nas tonami informacji, panuje moda na bycie wyjątkowym i nieprzeciętnym człowiekiem z pięcioma (co najmniej) pasjami, panie w gazetach są przypieczona na solarium i pozbawione Rubensowskiego cellulitisu, szczerze zastanawiam się, gdzie zgubiła się uniwersalna, ponadczasowa ludzkość? Może jej nigdy nie było? Czy jest dynamiczną bohaterką towarzysząca naszej populacji? Przechodzi reinkarnację, powiedzmy, co X lat, gdzie X należy do zbioru liczb nikomu nieznanych.
Subiektywnie uznani wielcy tego świata, literaci na przykład, częstują nas swoja „ludzką codziennością” obitą w demagogiczny talent, wysyconą chęcią zabłyśnięcia (nic dziwnego, na chlebek i uznanie trzeba w końcu jakoś zarobić). W szkołach od maleńkości wmawia nam się, że poezja to uniwersalne słowa o zbiorowym cierpieniu i ponadczasowych radościach. Znienawidzone pytanie „co poeta miał na myśli?” śni mi się po nocach. Co miał? Pisał bo mu było źle. Bez mocy ponad słownych. Pisał, bo chciał zarobić. Bo chciał zabłysnąć. Bo chciał pocieszyć naród. Bo kochał, nienawidził, naćpał się lub upił. Czasem pracowicie liczył zgłoski, choć te skrupulatnie wypielęgnowane pod względem formy dzieła stanowią przecież marny odsetek całej poezji. Liryczna lekcja człowieczeństwa niewiele ma zatem do rzeczywistości, choć przecież tak właśnie wzrusza (mniemam, że swą bajkową nierealnością i tym, że jest silnie osobista, gdy w grę wchodzą liryki miłosne czy refleksyjne). I tak naprawdę dobrze byłoby podywagować na temat ułudy świata literackiego, jednak chcąc skupić się na czasach współczesnych z przykrością stwierdzam, że dzisiejszymi klapkami na naszych zmęczonych oczach wcale nie są liryki, fascynacje przeszłością, sztuka czy inne zapierające dech w piersiach sprawy. Obecnie szara masa składająca się przecież z samych nietuzinkowych ludzi z chętnie mydli sobie narząd wzroku „Pudelkiem”, „ Faktem”, „ Radiem Maryja”, zachodnim blaskiem i chińską tandetą.
Już, skończyłam. Mam dziś troszkę butny nastrój, obudziłam się z Mistrzem w głowie i od rana kłócę się – jak to, tęsknoty – rzeczy zbędne? Przecież teraz siedzę i tęsknię, prawie (PRAWIE!!) męczeńsko i trochę dumnie. Niezbędnie niemal, w tym cały sens. I jak to – szczęśliwy jesteś to jest wyzbyty złudzeń? O rany, Zbigniew – złudzenia nigdy nie znikają.... Albo jestem za malutka, żeby to zrozumieć. Złudzeń mam od groma, trzymam je w trzydziestotonowym silosie i doskonale wiem, że mają rangę właśnie złudzeń.
Proszę. Robię się coraz coraz corazcorazcoorraazz mocniej czasem, niekiedy użyteczna. A jednak mnie Mistrz co do tęsknot i złudzeń nie przekonuje. W przerwach między herbatą, Cejrowskim, tęsknotami i przewalaniem psychologii spod twojego paznokcia na mój zakurzony mózg słucham sobie:
1: Lao Che – o tak, trudno. I powaga i sarkazm, tylko dzieci- posłuchajcie do końca i ze zrozumieniem (: http://w799.wrzuta.pl/audio/2Pll33w0Ka4/05_lao_che_-_mpakompabiempata
2: Depeche Mode- wybiórczo, acz ten kawałek treścią bardzo bardzo i bardzo zawsze na mnie oddziałuje. Forma raczej się niepodobająca, ja uwielbiam. http://www.youtube.com/watch?v=tKgNH4BmmOo
3: Cabaretowa, musicalowa miłość. Garfield zapytałby- Ask me, if I care? http://www.youtube.com/watch?v=SZsCvOyrlCQ
Star....WYSTARCZY (specjalnie poprawnie dla Pana R.). I wiem, jestem interpunkcyjnie upośledzona. Napisze znowu, mam nadzieje, że szybciej niż wolniej.
Z Bogiem. (Ganeschą).
Tydzień temu dane mi było spotkanie z masowym „ukultularniaczem” jakim jest tak zwany musical „Metro”. No i biust mi opadł.
Może forma i ciekawa, bo taka nowoczesna i młodzieżowa. Chyży i zgrabni chłopcy z ogolonymi klatami, słodkie panienki w dziwnych ciuchach, uroczy glos aktor....występujących, piękne (niech stracę, naprawdę robiące wrażenie) światła oraz błyszczące w ciemności stroje, modne tańce nowoczesne. Wiec dobrze, forma niech już zachwyca. Niech zachwyca podczas gdy treść NIE ZACHWYCA, nie, nie i jeszcze raz NIE!
Obrzydliwie infantylne teksty („ Będziesz nami marzył?” „tak, jeśli tylko nadal będziemy mieć wspólne marzenia!”, „Kocham Cię” „ale ja Cie nie kocham. Nikogo nie kocham” ...) sprawiały, że miałam wielka ochotę zwyczajnie nie wrócić na salę po przerwie, jednakowoż ma ciekawość oraz wydane pieniądze ( 55 złotych za szkolny bilet, fiu fiu, cenią się) zaciągnęły mnie z powrotem na krzesełko wśród rozjątrzonej młodzieży. Ciekawym zjawiskiem były piszczące na widok „artystów” laseczki, które to z lubością zbierały sobie ich autografy, zdjęcia, spocone koszulki i zużyte gumo do żucia. Poza tym, jak to na spędzie niedoświadczonej teatralnie młodzieży, po każdej jednej piosence słychać było gromkie brawa. Na litość boską czy jaką tam kto sobie życzy. Nie klaszcze się w środku przedstawienia. Nawet, jeśli jest kiepskie :D. Postanowiłam głośno wydrzeć się po takim oto klaskanym incydencie, ze nie wypada. Połowa sali po następnym muzycznym kawałku była cicho. Przynajmniej tyle, choć wyszłam na puszącego się ignoranta komentując szeptem co głupsze teksty i chwiejąc się od śmiechu. Ale już, nie wyzłośliwiam się. Dziwi mnie jednak wielka popularność tego – gdy podsumować - kiepskiego show. Oświecono mnie, że niektórzy nałogowo wydają ciężką kasę tylko po to, by ciągle i ciągle nawiedzać Buffo w celu obejrzenia „Metra”.
A dużo taniej, bliżej i o wiele bardziej estetycznie przyjemnie jest pojechać sobie do Łodzi, zakupić w JARACZU bilet na „Lwa na ulicy” i cieszyć się emocjonalnym kopem naprawdę dobrej sztuki. Tudzież wybrać się na amatorski spektakl, w którym grupa warszawsko-studenckich napaleńców gra sobie od czasu do czasu nietuzinkowo, bo po angielsku.
Więc jedyne co z Metra polecam, to cover SOAD’u o takim właśnie tytule. Egzotycznie acz kultowo, jak na mój wybredny i parszywy gust. Innego metra nie polecam. http://lazajek1.wrzuta.pl/audio/0faup64IYUS/system_of_a_down_-_the_metro
Schizofreniczny, jak to się mawia, BUZ w moim wykonaniu sprawia, że mnóstwo ludzi odbiera mnie jako prawdziwą wariatkę. Do śmiechu najczęściej doprowadzają mnie rzeczy absurdalne, a z nich prym wiedzie moja własna osoba. I tak, gdy Koksu (braciszek) stwierdził, że „Mam już farbowane włosy i tipsy na paznokciach...dobrze, że nie muszę sobie sztucznych cycków fundować” ze śmiechu prawie zakrztusiłam się colą zero, którą w tym momencie unicestwiałam w ilości 0,5 litra z ogromnego kubka. Dodałabym jeszcze paćkanie się samoopalaczem i słabość do różowych skarpetek, jak już kreować się na wypacykowaną dziunię to na całego. A gdy okrasić to wszystko moimi nowymi, uroczymi lakierowanymi trampkami ze srebrnymi wstawkami....o Jezu, no nic, tylko wybrać się na dicho do Protektora.
Podobnie rozbawiło mnie moje zdjęcie do dowodu, nieszczęsnego prawa jazdy i portfeli moich przyjaciół. Wyszłam na nim jak profesjonalny i bezczelnie uśmiechnięty CZOPEK. Na sama myśl o tym obrazie dostaję spazmatycznych wybuchów głupawki.
Wiecie jak to jest wdychać hel? Hel, gaz taki. Wciąga się go płytko do dróg oddechowych, po czym zaczyna się mówić raczej cienkim, kastrackim głosem. Ja umiem tak bez helu :D. Upaja mnie doprowadzanie nauczycieli do szału piszcząc na lekcjach podczas głuchej ciszy jakieś absurdalne wyrazy jak PINGWIN czy ZESYT, czy co tam przyjdzie mi lub koledze K . do głowy.
Albo uroczy pan menel, który, gdy miałam lekcję jazdy w Piotrkowie, postanowił wczołgać się na przejście dla pieszych, powstać, popatrzeć na mnie mętnym wzrokiem i (uwaga, robi się hardcorowo) rozpiąć rozporek, zasugerować, bym zrobiła mu laskę. Ja zaczęłam się śmiać, bo w sumie cóż innego można było zrobić. Nie rozjadę go, bo mam instruktora z boku :D. Menel ściąga spodnie i majstruje sobie przy interesie. Instruktor wychyla się przez okno i każe mu....sobie iść (: (używając przy tym dość niewysublimowanego, acz skutecznego słownictwa). Ja umieram ze śmiechu. Menel tym razem jemu proponuje loda, po czym wciąga spodnie i sobie, zgodnie z życzeniem instruktora, grzecznie odchodzi.
Przez pół godziny jeździłam potem jak skrajny debil.
Dobra, wystarczy na dzisiaj. Powinnam oddać się tkance nerwowej, szkolnym wypracowaniom i innym matematykom. Podobno moja ignorancja jest większa niż Jezusowe miłosierdzie. Więc, niech stracę godzinę introwertycznej papki, pouczę się.
PINGWIN!
PS. Przepraszam, za opóźnienie w pisaniu, ale jakoś tak czas mnie zjada. Mam teraz, pod nieobecność matuli dziesięciodniowy kurs bycia czymś na kształt gosposi (oż, jak to brzmi...), imprezę robię, niczym pani Dalloway (jak ktoś jest wierzący to usilnie proszę o modlitwę w sprawie mojego dywanu, co by nie uległ ogniowej destrukcji). No i obiecuję następnym razem może coś intelektualnie bardziej kojącego, niż paplanina o krzywiźnie mego humoru.
Zacznę od rozbawiającego i przerośniętego, niczym taplająca się w testosteronie prostata, ego nauczyciela X z mojej szkoły. Nauczyciel X lubi czasami pochwalić się inteligencją i elokwencją, których to nie można mu zaprzeczyć. Wzbudza w chłonnej młodzieży dziwaczny rodzaj sympatii bez pardonu używając wulgaryzmów na lekcji, kpiąc sobie z innego ciała pedagogicznego, uważając siebie za bóstwo w dziedzinie wykładanej przez siebie; ba - nauczyciel X kocha się sam w sobie z namiętną wzajemnością. Wychodzi zatem wyluzowany X przed drzwi swej zajebistej pracowni. I co widzi? Ławki i krzesła wystawione z klasy mieszczącej się obok (tak to bywa przed maturami, że trzeba wynieść trochę gratów co by dzieciaczki mogły się swobodnie pocić nad arkuszami dającymi im - albo i nie- karnecik na studia). Nauczyciel X patrzy swoim kpiącym, wyćwiczonym przed lustrem wzrokiem i wyrzeka: "CO TO ZA BURDEL?". Och, no sutki mi ścierpły. Brawo, super - zawsze "podziwiam" tandetne teksty wyluzowanego ciała pedagogicznego. Po krótkiej dyskusji, gdzie X pochwalił się znajomością słów takich jak WSZETECZNE MATOŁSTWO, UCZNIOWSKA BEZMYŚLNOŚĆ (chodziło o to, ze ławki źle ustawione, że krzywo, że pod jego pracownią bardziej gdy powinno być mniej, że miejsca o 10 centymetrów za wiele mu zajęliśmy i takie tam), KRETYNI itepe - jako, że mnie X nie uczy, wyszczerzyłam się tylko (bo cóż miałam począć) i polazłam bawić się maturalnymi numerkami i taśmą klejącą.
Współczuję uczniom, na których X robi wrażenie. Master of puppets, doprawdy.
Stres. (tak a'propos matur na przykład. Powodzenia życzę, dzieciaczki). Lepkie spocone ręce, zaczerwienione policzki, przyspieszone tętno i szybszy, spłycony oddech. Brzmi banalnie, jednakowoż ciekawi mnie jakie to nietypowe czynniki wywołują u ludzi stres. Czytając sobie dzisiaj "Ptaśka" natchnął mnie stresowo jeden bohater, który to opowiadał, że na wojnie od kilku miesięcy przez jego tyłek nie przeleciało nic twardego. A mężny był i dzielny na codzień niczym sycylijski zabijaka. Mnie stresują telefoniczne rozmowy, publiczne wystąpienia, rodzinne imprezy (a dziś takową przeżyłam będąc niejako na piedestale uwagi. Spięta byłam, przyznaję się bez bicia), uprawianie wodolejstwa, gdy przychodzi mi wciskać komuś łgarską papkę (bez względu na to czy z konieczności, czy z wyboru). Daltemu ciekawa jestem co Was stresuje (i tak nie liczę na odpowiedź, ale co tam).
Kazano mi się dzisiaj zestarzeć. Dmuchałam kształtne świeczki na nieprzyzwoicie pysznym czekoladowym torcie. Za jakiś tydzień zestarzeję się już właściwie – kalendarzowo, a za dwa tygodnie imprezowo w gronie znajomych i przyjaciół. Błogosławieństwo pełnoletniości nie wpływa jednak ani na moją moralność, ani na poziom mej powagi, ani w końcu na moją dojrzałość. Ot tyle, że będę mogła legalnie jarać fajkę wodną i kupować tanie wino w sklepie. Od taniego wina jakość życia mi sie nie polepszy; od fajki wodnej już z prędzej, jednakże kłopotliwe to urządzenie w stosowaniu, protoplaści się w dodatku buntują. Nie ważne. Nie czuję się lepiej z racji prawnej dorosłości. Gorzej tym bardziej się nie czuję. I tak pierwszy raz usłyszałam zwrot PROSZE PANI gdy miałam lat (!!) jedenaście będąc w biedronce na zakupach. Mając 14 kółek na karku kazano mi się legitymować, gdy zaprzeczyłam wieku studenckiego tudzież pracowniczego. Bywa. Nie ma lekko. Życie to nie je( )bajka. I dobrze, bo bajki zawsze jakoś godziły mnie w sam środek mdłości.
Dobra, starczy pisaniny. Posłuchajcie sobie lepiej muzyki o Noem, co się go smród nie imał jak szedł po gnoju. O ptysiu miętowym i po ludzku spartolonej ludzkości. Na zdrowie! http://www.youtube.com/watch?v=glEOzAo-l40
Tak sobie jem torellini upichcone mymi własnymi rękoma, chrupię kukurydzę i oliwki zawarte w sosie do tegoż zacnego makaronu i naszła mnie niepohamowana ochota na nieco sarkazmu. Ulżę sobie zatem w potrzebie i popiszę.
Odbyłam dziś uczestnictwo w Mistrzostwach X. Moja drożyna zajęła II miejsce (gratulacje), a szkoła znienawidzona przez moją placówkę edukacyjną wygrała z nami o pół punktu. Moim zdaniem jak najbardziej zasłużenie i sprawiedliwie; co więcej- rzetelnie cieszę się, że ma urocza, ponoć elitarna szkoła wreszcie dostała prztyczka w nos. Ja mam wolne od zawodów, co również przypada mi do gustu. Ale niech tam! Przecież zawsze znajdą się jednostki węszące spisek, układy, zawiść, chęć udupienia, powszechna niesprawiedliwość i inne pochodne wrogiego nastawienia. Mania prześladowcza jest trwalsza niż pomnik ze spiżu. Cyrk na kółkach, płacz i zgrzytanie zębami. Zawody w rankingu szkół się nie liczą, więc bez względu na to jaki puchar przyniesiemy, będzie sie smętnie kurzył przez X lat. Zakład, że NIKT nam w szkole nie pogratuluje II, bądź co bądź zaszczytnego miejsca? Dostaniemy tylko opieprz za przegraną. Kocham podobne podejście. Jednak, pozwolę sobie na cytat: "Wąski strumień świadomości bardziej bawi mnie niż złości".
Słowa. Herbert pisze "zasypiamy na słowach, budzimy się w słowach". Kłaptocz śpiewa "choćbym schował się w choć najgłębszy kąt (...) one maja mnie, tak jak nie ma mnie nikt. Słowa tutaj są". Słowa to podstawa niemal całego dorobku cywilizacji, ale nie o tym będę prawić, gdyż to nudne. Słowa. Myślimy słowami (choć znam i takich, którzy myślą geometrycznie). Słowami wyrażamy pragnienia, emocje i uczucia. Słowami rozładowujemy artystyczne napięcie, agresję, smutek, nadmiar energii i emocjonalne zachłyśnięcie. Słowami sterujemy ludźmi. Słowami w końcu się bawimy nadając im sarkastyczną, ironicznie-schizofreniczną formę. Słowa szepcą, szeleszczą, dotykają, smakują, dźwięczą, smerają. Słowa można pozbierać, ukochać, wypowiedzieć, pomyśleć, wyobrazić sobie, usłyszeć, napisać, wykrzyczeć, spalić, uwięzić. Słowami codziennie myślę i śnię, sowa czytam i piszę, ciągle inne (bogu dzięki) i ciągle te same - te co mam na krwi, gdy rozum zawodzi. Te same, które pieprzą się z mą własną podświadomością, te, które nadają zapach powietrzu jakie przepływa przez mój organizm. Te same, które przebiegają przez moją głowę z ekstazą i uzależnieniem. Te, które mnie uciskają w żołądek i klatkę piersiową i te, które psychosomatycznie bolą i wcale mam na to ochotę.
Jakie są Wasze słowa? Napiszcie mi swoje ulubione słowa w jakiejkolwiek formie.
http://www.youtube.com/watch?v=buN4dBDRzLU to jedne z moich ulubionych, w dobrej formie.
http://www.youtube.com/watch?v=sRdHoU2Rgu0 oraz te, zupełnie pasujące. Prawie przystające.
http://www.youtube.com/watch?v=wifMmFdUxxw i te, jedne z najważniejszych, słowa zawsze zarezerwowane dla mojej Katarzyny z drugiej strony lustra. Ponadczasowego Dżanasa (:
Moje złe palce czasami mają ochotę wystukać jakieś prawidło o sprawie niemal nieskalanie DOBREJ, godnej moralnego podziwu. Godnej podziwu jako takiego.
Znacie moją babcię?
Kiedy była młodą kobietą i pracowała w Tomaszu" (dom handlowy), pokaźne grono mężczyzn przychodziło by zwyczajnie na nią popatrzeć. Taka była piękna. Dziś moja babcia to najlepszy człowiek jakiego znam. Piszę to z czystym sumieniem (tak, oświadczam, iż posiadam resztki sumienia), bez uwznioślania ani lansowania babuni. Od zawsze była najskuteczniejszym jednoosobowym wolontariatem, najzdolniejszą jednoosobową cukiernią i ogromnie silną indywidualnością. Szyje mi naprawdę wielce oryginalne ciuchy, wysyła SMSy, prawo jazdy zrobiła gdy miała sporo ponad 50 lat, a gdy przyjeżdża mnie odwiedzić własnym samochodem, po kwadransie rozmowy przysysa się do Internetu. Trochę załamuje ręce nad moim wegetarianizmem, jednak nigdy mnie nie potępia. Nie przeszkadzają jej moje czerwono-rude włosy. Uwielbia Apocalypticę i kocha mnie tak bardzo, że pisze specjalnie dla mnie wiersze. Nikt nigdy wcześniej nie pisał dla mnie wierszy.
Może i jest w tym cień infantylności, nie dbam o to. Chciałam tylko zakomunikować światu jak wspaniałą osobą jest moja babcia. Warta jest poświęcenia notki na blogu. Warta jest każdego chyba poświęcenia.
No dobra, a teraz dla równowagi o jakimś moralnym niepokoju. Czy bycie aspołecznym jest złe? Dobre? Jak przejawia się aspołeczność? Ostatnio moja bystrość i ja zauważyłyśmy, że NIC tak nie łączy ludzi, jak wspólna umiejętność lizania dupy i chowania głowy w piasek. Jawne chamstwo, krzywda czy niesprawiedliwość wzbudzają idealne milczenie wśród tchórzy i szaraków, a gotują krew ludziom znającym swoją wartość. Owa reakcja jak i wspomniana wartość odbierane są jako nieprzystosowanie do bycia w grupie, jako brak wychowania, bycie niemiłym człowiekiem itepe. No i widnieję sobie zatem jako uroczy aspołeczniak.
Jakie są Wasze babcie i aspołeczności? Chętnie przeczytam.
I proszę. Niektórzy twierdzą, iż by dobrze się słuchało tegoż zespołu, trzeba najpierw się ujarać lub upić. Ja mam odloty bez dopalaczy, ale próbujcie na wszystkie sposoby. Polecam http://cirvil.wrzuta.pl/audio/2Ko5DtFOGZ6/dead_can_dance_-_crescent
Właśnie wchłonęłam 6 czekoladek z uroczego zestawu słodkiego grzechu jaki dostałam od mego przyjaciela D. za bycie dobrą wróżką. Jest mi obrzydliwie słodko, będę marudzić, że mi dupa urośnie, jednakże zaczekoladowienie ma się mi odwdzięczyć miligramem endorfiny. Błagam.
Wczoraj doświadczyłam strasznego marnowania czasu na jakiejś pseudo naukowo-popularnej konferencji o ochronie środowiska lokalnego. Kaszana totalna na każdej jednej płaszczyźnie. Zaczynając od straszliwej organizacji (nadęte panie przeświadczone o swej klasie i ważności, niedziałający mikrofon i olewczy stosunek do wszystkich wokół) poprzez ZEROWY poziom większości konkursowych prac (błędy językowe, merytoryczne i inne kiły) kończąc na wyszpachlowanych panienkach po solarium, które nie znają pojęcia STRÓJ KLASYCZNY, ELEGANCKI. Trafiła się laseczka w białych spodenkach długości przeciętnych majtek kobiecych do których założyła czarne rajstopki, kurewsko czerwone butki na obcasie dość perwersyjnym. O gustach się nie dyskutuje. Ale o bezguściach, jak mniemam już można, toteż pozwalam sobie na nieco krytyki. Panna była nieskrępowana białością swych tlenionych włosów i czekoladowością swojej zniszczonej cery. Pyszności, mój zmysł estetyki chciał popełnić samobójstwo.
Bałagan w moim pokoju przechodzi wszelkie oczekiwania. Chusteczki, ciuchy, ogryzki, resztki musli na dywanie, stare baterie, masy książek i papierów, naczynia po herbacie, butelki po wodzie mineralnej tudzież coli bez cukru, płyty, długopisy, pudełka po przedmiotach X, okulary przeciwsłoneczne, kolczyki sztuk Y, gdzie Y dąży do nieskończoności, KURZU W CHOLERĘ, kosmetyki, nici dentystyczne i doprawdy, miliard innych rzeczy jest tu WSZĘDZIE. I pragnę nadmienić, że mój pokój ma aż, fanfary, 9 metrów kwadratowych. Szaleństwo zaiste. Poza tym - tak jest o niebo lepiej, bynajmniej mi nie przeszkadza owy burdel. Przynajmniej póki się o nic za bardzo nie potykam.
I na koniec trochę Kafki. Nie nazwałabym tego nadzieją, wszak szczerze rzygać mi się chce słysząc słowo NADZIEJA, rozumiejąc jego znaczenie i generalny światopogląd z nim związany. Określiłabym to raczej jako zbawcza moc czekania, luksusu bycia uprzywilejowanym posiadaczem celu. Endżoj.
Nie musisz wychodzić z pokoju.
Siedź nieruchomo przy stole i słuchaj.
Nie słuchaj nawet, po porostu czekaj.
Nie czekaj nawet.
Siedź cicho, nieruchomo, samotnie.
Świat całkiem swobodnie otworzy się przed Tobą.
Da się zdemaskować, nie ma innego wyboru.
Będzie w ekstazie tarzał się u Twych stóp.
Mała plamka po środku mojej prawej stopy to stygmat utraconej już chyba przyjaźni, której to pewnego razu robiłam herbatę. Kropla wrzątku nie trafiła do kubka ze słodkim rooibosem cynamonowym. Plamkę oglądam codziennie mimo woli, nie znika już drugi rok, więc istnieje szansa, że zostanie ze mną na zawsze. Moją lewą stopę w podobny sposób naznacza szaleństwo gorączkowej choroby, ot ślad po bezmyślnym rozdrapaniu rany po alergicznym ukąszeniu owada X. Delikatna skóra postanowiła o moich słabościach nigdy nie zapominać.
Niebezpiecznie wysokie stężenie hormonów w mojej krwi obezwładnia jasność mego myślenia, piszę więc przez pryzmat straszliwej ruletki, niekończącego się dysonansu między mną a protoplastami oraz dobrowolnego przymusu (to nie oksymoron) oczekiwania (bo zakładając, że oczekiwanie, mimo iż powoduje gorzknięcie, nadaje cień sensu; łatwo można wydedukować, że bywa przyjemne. Lub czyni martwicę i stagnację znośnymi). Zgarniam krótkie oddechy między Herbertem a Herbertem, uprawiam platoniczny seks z psychologią i nieustannie pragnę opuszczenia mego domostwa na rzecz spaceru, migracji, ucieczki oraz innych pobocznych dezercji.
Być może znacie owy stan jako ‘nie chce mi się’. I doprawdy, przyziemność matematyki, sprzątania, konieczności pójścia spać niewiele obchodzi moje poczucie chcenia. Me introwertyczne jestestwo nie może ostatnimi czasy znaleźć ukojenia, przypuszczam, że to sprawka huku morza przyjemności i nieprzyjemności, które mam czelność chcieć odczuwać. Huk ten biwakuje w mojej głowie, oczy zachodzą mi mgłą i niewiele racjonalnej treści można ode mnie wyciągnąć. A to wszystko przez to że tak bardzo (mi się) CHCE.
A wy drogie dzieci? Siedzicie w swojej głowie i zastanawiacie się, co was obezwładnia by móc pragnąć? By głęboko i powoli zaczynać chcieć? By uciekać od x do y? Dlaczego tak? Dlaczego nie? Napiszcie mi o tym. Gdyż mnie umysł ludzki rajcuje.
Proszę - jeden z najzdolniejszych świata. http://www.youtube.com/watch?v=RQm2dWe555U
Oświadczam, że jestem z innej epoki i nie uznaję internetowych uczuć. UCZUĆ. Człowieczeństwa.
Internmet. GG, Skype. Telefon. Sms. To jakaś ostatecznośc, konieczność, tragedia - która, co strasznym mi się zdaje, stała się powszechna, masowa, niezbędna niemal niekiedy. To bolesne. Smutne. I żałosne w niektórych przypadkach. Bo wykluczając intelektualne przyciąganie, które i w Internecie może się zdarzyć by potem być realizowanym w o wiele przyjemniejszej, acz o niebo trudniejszej rzeczywistości, to wszytskie Czaty, internetowe związki, przyjaźnie i całe poboczne popłuczyny ludzkich kontaktów uważam za...śmieszne. W całej śmieszności znaczenia słowa śmieszne. Dominacja wypacykowanego ciała, prostej otwartej osobowości, która po tygodniu się niemal oświadcza. Mój na zawsze, lofciam. Moja na wieczność <3.
O nie, nie jestem elitarna i nie jestem bez uczuć. Właśnie. Uczucie to raczej taka właściwość człowieka, która pozwala nam się przywiązać do jednostki już poznanej. A poznać kogoś można dopiero po rozmowe - ROZMOWIE, a nie po GG, SMSach itp. Rozmowa - oddech, słowa, oczy, gesty, tonacja głosu, zapach. To jest rozmowa. I tylko to.
Tak więc ja, osoba, a nie tylko ciało, nie tylko hormony i nie tylko umysł; ja - kobieta oświadczam za pomocą słów tak dziś wyświechtanych i banalnych, pochodzących z ksiażki prozaicznej i nudnej- JESTEŚ ODPOWIEDZIALNY ZA TO, CO OSWOISZ.
Jesteś, do diabła. Tylko nie myl oswojenia z internetowym bajerem.
Trochę wysiłku. Nie ma być przyjemnie i ciągle i płytko. Ma być intensywnie. Przyda się szczypta pokory wobec człowieczeństwa. Uczucie i emocja to nie byle wybuch hormonalny. I nie neguję i nie umniejszam. Alepuję o rozsądek. I odwagę - do szpiclów i trórzy. Uładzaczy życiorysów. Bo niemal wszytkie uczucia kiedys się kończą. Czemu nie zadbać, by było ich żal? By za tydzień nie przyszło kolejne?
Ach, nieważne. Przecież i tak nie wiem, co siedzi w Twojej głowie.
Wariatkę polecam Herberta i winogrono i jeszcze muzykę lekką do puszczenia w tle. Opanowują tragedię.
Czekam na lincz, najlepiej w komentarzach?
Bezczelnie się obijam. Śpię, nie sprzatąm za mocno. Na placu manewrowym zabijam pachołki śmiejąc się do rozpuku z tego żałosnego faktu. Uprawiam przyjemności spacerowo-książkowo-słodyczowo-filmowe. Psychoanalizę sobie czytam do podusi. Sasiadów katuję rockową papką.
a, nie, moment. Zapomniałabym o cieżkiej pracy na etacie dobrej wróżki i narratora. Kochana, czyż nie miałyśmy znaleźć odpowiedniego powodu do biznesu? >]
No dobra, to święta. W garnku w kuchni gotuje się straszna ilość tłustej białej kiełbachy, ja mam ręce różowe od tarcia buraków, twarde i brązowe jaja leżą pokropione przez człowieka, który wierzy (?!) w niepokalane poczęcie wodą z koscioła. Serce roście, dobrze, że nie mam złotego cielca bo mogłabym się przypadkiem do niego pomodlić. Albo przerobić go na biżuterię jak rasowa kobieta, a co! Ale nie, to nie wszystko co myślę o świętach. Jem sobie kluski z makiem. Tak TERAZ JEM, przeżuwam pisząc to i to i to też. Pycha. Kiełbachy nie jem, makowca piec mi się nie chce, bo się przecież bezczelnie obijam, więc mam kluski z makiem. Fascynujące, nie?
Dobra, znalazłam jasną strobnę świat! Uwaga, famfary... >] Studenci przyjeżdżają, bo im morale (jasne..) i pusty portfel nakazują. Tak więc przyjechał mój słonecznik z Krakowa i kilkoro innych ludzi, których od czasu do czasu miło jest zobaczyc. Niestety, przyjeżdżają też znienawidzone siostry i bracia co by usadzic dupsko na piedestale i pełnić rolę zmartwychwstałego Jezusa przy rodzinnym stole. Mnie to wprawdzie nie dotyczy, ale czy moja perfidia musi byc li i jedynie osobista? Nie.
Jednak żeby jadowicie nie było, to generalnie nie mam nic przeciwko spotkaniom rodzinnym, gdyż moja najbliższa familia składa się z grona nielicznego, co sprzyja naprawdę dobrej dyskusji, wielogodzinnym unicestwianiem się nawzajem za pomocą gier planszowych wszelkiego rodaju i innym raczej przyjemnym czynnościom.
To mokrej choinki życzę. Jeśli czytacie moje mniej i bardziej niezgrabne zdania od czasu do czasu, proszę, zostawcie tu swoje przemyślenia, spostrzeżenia (że na przykład CoVarra robi błędy ortograficzne, jest złośliwa i obraża Waszą estetykę i uczucia albo że wam się podoba - cokolwiek). Z góry dziękować.
Szarej masy szukam! Wszyscy tacy wyjątkowi, niepowtarzalni, niezależni, indywidualni, wyróżniający się, inni od innych, szaleni, niecodzienni, kolorowi, inteligentni, nie puści, nie głupi. Proszę - jaka szara masa elitarna się zrobiła. Mamy nowe przymioty przeciętności zatem. Tylko gdzie ta wszechobecna od inności inna inność? Nie widzę, a mam pokaźnego zeza, zatem horyzonty także niczego sobie.
I nie, nie popieram podziału na podludzi ludzi i nadludzi. Tak się nabijam.
Wiosna się puszcza na prawo i lewo, wszystko się gorliwie zieleni, małe dziewczynki w różowych ubrankach biegają mi pod oknem drąc sie do chłopców, również małych, zajętych ponad miarę darciem się do dziewczynek. Pod rzeczonym oknem mam również zbiegowisko Matek Polek- protoplastek owych uroczych dzieci. Matki z wózkami, ciężarne inhalujące się dymem tytoniowym, co by za urokliwie i wiosennie nie było. Kto idzie o zakład, że zaciążony brzuszek zamienią za 30 lat na moherowy berecik, herbaciane podkolanówki i śmierdzący naftaliną futrzany płaszcz z przeceny?
Mam nieprzeciętną ochotę na odebranie czasowi płynności i porobienie mnóstwa zdjęć - iście amatorskich oczywiście, z czystą przyjemnością robienia PSTRYK tudzież KLIK. Ot na przykład oglądając sobie fotografie pana Beksińskiego natrafiłam na owe cacko http://www.fotopolis.pl/obrazki/beksinski_zpaf.jpg . Kobieta, gdyby ktoś nie załapał - i piszę całkiem serio tłumacząc, że na zdjęciu widnieje niewiasta. Dlaczemu? Tak mnie niekiedy refleksja napada, gdy dyskutuję z młodymi przedstawicielami płci męskiej, którzy nagie kobiety widzieli w gazetkach typy GrajChłopcze tudzież na uroczych pornosach. Tam owszem, panie śliczne, chude, cellulitisu pozbawione, wytapetowane (wyszpachlowane wręcz), skóra gładka i opalona, wydepilowana gdzie tylko pan Bóg i mass media przykazali. I rozmawiam sobie z tymi chłopcami o rzeczonej kobiecej nagości, przerażam się i zadziwiam jak dalece błędne jest ich wyobrażenie o przeciętnej, normalnej niewieście (i nie mam tu na myśli li i jedynie nastolatek w swej doskonałości i świeżości, gdzie świeża doskonałość należy do przedziału od 45 do 55 kilogramów, ale i kobiety starsze, nie idealne). Pech- bo płeć piękna może trafić na ignoranta, pech- bo ignorant może w obliczu szoku doznać jakiejś psychicznej krzywdy.
jakie to straszne! :D
I wkurwia mnie trend orzekania, co jest seksualnie ładne/nieładne, estetyczne/nieestetyczne, złe/dobre, naganne i nie. Opinia publiczna, z pobożną przecież ciekawością i lubością zagląda do łóżek kobietom wyzwolonym, gejom i lesbijkom, biseksom rzadziej, bo to w ogóle jest skrajnie niemoralne, a fe, w końcu po cichu niewiernym małżonkom, nastolatkom, prostytutkom, fetyszystom.. Homo sum; humani nil a me alienum puto? Ponoć. Ale to tylko moje paskudne, aspołecznie wykreowane zdanie, wariatom się ufać (uf uf) nie powinno.
Idę zdrowieć na chorą wyobraźnię. Macie, bożne i homofobiczne istoty, macie ludzie z poczuciem humoru i macie przeciętni (a nie, sorry, inni od innych). I szydercy- macie tym bardziej. I nie, nie jestem lesbijką, o prawa tęczowe też nie walczę. Ot zwyczajnie, sarkazm mi robi dobrze. Endżoj! http://www.youtube.com/watch?v=GPglqS3LqW0
Czego to pycha z ludźmi nie robi? Pycha jest różna. Ot taka dzisiejsza, szkolna w wykonaniu ciała iście nie pedagogiocznego. Lub pycha słodka jak czekoladowy budyń oraz inne pychy wychodzące spod moich nieskromnie zdolnych kulinarnie rąk (a tak, nadaję się na kucharę, taką zafarturzoną kurę domową. Jednakowż NIE, niedoczekanie ;) ). Pycha również muzyczna czy literacka. Popiszę sobie o pysze, ok? Ależ dziekuję (i tak się zaczyna schzofrenia, słowo daję!).
Prawa ucznia. Ankiety, apele, publikacje, ba specjalizacje, profesury, i inne cuda niewidy. Prawa ucznia w szkole światłej, elitarnej, o mój boże, z TRADYCJAMI (i tu po kolei, wszytskim cierpną stutki, ach..). Więcej hałasują o tych naszych prawach, że jacy nie są wspaniałomyslni, a jacy sprawiedliwi, a jacy pracowici, ach, a jacy skuteczni. Normalnie niejeden dyplomata pozazdrościłby tak dalece rozwinietego krasomówczego talentu. I co? Idzie sobie jakiś przeciętny uczeń X, prosi w przestrachu, lecz z merytorycznym poparciem owych ankietowo-prawnych cyrków, do pani Y z prośbą o wsparcie, bo nauki za wiele czy coś równie przecież BŁAHEGO. Samobójstwo jak sie patrzy, nie szkodzi jednak. Wynik- pogrom ciała pegagogicznego Z na pół szkoły. 'Uczniami jesteście, pokornie przyjmijcie waszą elitarną pracę elitarniejszych jeszcze nauczycieli w najelitarniejszej ze szkół. Inne licea czekają, do tej szkoły uczęszczać nie musicie.' No proszę! Jak to szkoła i ciała rzekomo pedagogiczne dbają o śmietankę tego miasta! Ale to nic. Po co tylko wszczynać te ankiety, regulaminy ustanawiać, prawa uchwalać, gadać, struny głosowe zdzierać (jak się popsują to się pije taki ohydny rozrwór na mleku, paskudztwo, nie warto), kartki drukować, drzewa wycinać, lasy równikowe niszczyć? Pycha taka smaczna? Na zdrowie! A korona na głowie trzyma się jak tonący brzytwy (:
Pycha muzyczna, orgazmatyczna mnie ogarnia, bo uszy me, na codzień tandetą telewizyjno-miastowo-radiową mimowolnie skalane, mają przyjemnośc karmić się dokonaniami zespołu o zabawnej nazwie DEAD CAN DANCE. Pani L.G. to kobieta, której chętnie zawiązałabym sandały w ramach hołdu czy innego podziwu. Pycha! Tak jak wsopaniale smakuje mi Herbert Zbigniew czy ostatnimi czasy Białoszewski Miron. Nic to, że chadzam po mieście mówiąc do siebie na glos, poezją właśnie (rozwija się ta schizofrenia), jednak powstrzymać się nie mogę. Wiecie, że oni się z nas ponadczasowo śmieją? Śmieją się najbardziej, kochają równie mocno niektóre miejsca, wspomnienia, ludzi również niektórych. Miliard razy mocniej niż X Y i Z. Nieco mniej podziwiają, choć silniej niż pokaźne stado szarej masy. Jednak z tej monochromatycznej barw palety, poniekąd potrafią zrobić kwintesencję artyzmu, szczęścia i innych wciskających w fotel aspektów obecnych przy czytaniu poezji. (ze zrozumieniem, zauważam).
I moja pycha, nie kajam się, lecz pysznym jestem człowiekiem. Złym, dumnym i takim ą ę, prawdaż? Prawdaż, prawdaż. Lubię sobie tak popisać, przynajmniej jasno widzę co i jak myślę. Potomstwa nie ma i nie będzie, to przynajmniej paplanina zostanie. Odważna pycha. Pszyna pycha.
Zadajcie sobie utwór XAVIER lub MOURNER ROSE zespołu Dead CanDance. Nieco inny kosmos niz ten nasz - taki nieskonczony i powszedni. Poważnie piszę- całkiem inny. Endżoj!
Smak wczorajszej, kurewsko drogiej herbaty czuję do dziś, za sprawą zabranej ze sobą torebki po rzeczonej porcji rozkoszy, w której do teraz zalegą resztki piekącego me nozdrza cynamonu. Pijam te hektolitry herbaty, by zapomnieć o hałasie świata, jak powiedział pewnien mądry człowiek. Ale nie o tym.
Topię się w Dostojewskim bardzo długo, namiętnie i przyjemnie; odpycham całe cysterny nastroju, który nie ułatwia zrobienia niczego społecznie uznanego za konstruktywne. Powyzłośliwiam się zatem, to jedna z rzeczy, która- przyznam nieskromnie- wychodzi mi najlepiej.
To zaczniemy od panienek noszących krocze wyżej od głowy. Panienki naiwne, czekające na księcia z, choćby, wyblakłym i koślawym rumakiem. Panny nieumiejące rozpoznać w swoim przybyłym wybawicielu pożądania samotnie, bezmiłośnie goszczącego w ich sercach, testorsteronu wylewającego się z uszu owych ksiażąt. Panienki wreszcie bez gustu, bez celu, bez tak zwanego mózgu. Rozpaczliwie chwytające wolną parę portek, która nie ucieka na drzewo. Powinnam współczuc, współczuję. Tylko przeogromnie bawi mnie głupawy chichot, mętne oczy, skupienie wokół błyszczyka, podlizywanie się swoim panom, ba, wręcz uleganie systemowi patriarchalnemu. Bawi i smuci, bawi jednakowż bardziej- gdzie kobieca klasa, godność, ot- choćby tajemnoczość, do diaska? Miast tego obserwujemy w barze pełnym spoconych kiboli na zajebistej plazmie wszechobecny lateks na teledyskach, kiepskie lub podupadłe artystki z cyckami na wierzchu- bo głosem, niestety, zarobić się nie da, inteligentnym lub choć ciekawym tekstem tym bardziej. Lateks rzeczony, nagie pośladki i cycuszki działają, o, pewnie! Na mnie też swoją drogą, kto nie lubi sobie popatrzec na ładną laskę? Każdy. Jednak to wszytko na chwilę, po której nie zostaje ani krztyna ulotności. I tyle tylko, że człowieczeństwo na biuście i dupie się miło kończy, a zaczyna na inteligencji, uroku, sposobie mówienia, fascynacjach. Biedny jest człowiek, którego pociaga li i jedynie lateks, plastikowe panienki przepuszczone przez photoshop, kiepskie porno i inne współczesne mózgozastepniki. Może i da sie zrobic wrażenie oczojebną miniówką szerokości paska od spodni, krótszą oczywiście od samych majtek- tylko po co? Jakiej KOBIECIE (?!) potrzebne takie wątpliwe dowartościowanie? Aprobata panów w dresach nie powinna wywoływac pozytywnych uczuć. Niestety! Chadzają stadami (krwiożerczymi, jak powiada pan R.) po mieście podobni, o ja okrutna, troglodyci wzbudzając tylko śmiech mój oraz mych towarzyszy. I w kńcu- do rzadkości należą panny ceniące swoją inteligencję. A do jeszcze większej rzadkości panowie się jej nie bojący. Chylę czoła.
Teraz złosliwość inna. Przepisuję sobie radośnie notatkę z lekcji X od koleżanki mej drogiej, przepisuję dzielnie, wkurwiam się, wkurwiam się bardzo, załamuję i emocjonalnie w końcu umieram! Notatka bowiem- niegramatycznie, nie po polsku, z powtórzeniami, które nie uchodzą dzieciom z podstawówki, a co najważniejsze- dyktowana przez WYKSZTAŁCONEGO i WYKWALIFIKOWANEGO pedagoga. Matka moja polonistka załamała się również. Nadeszły ciężkie czasy, drodzy państwo, gdzie analfabetami stają sie nasi nauczyciele- co więcej- nauczyciele uzurpujący sobie prawo do nazywania siebie samych PROFESORAMI w szkole ELITARNEJ.
I na koniec o wypaczeniach emocjonalnych. Wertuję sobie atlasy psychologiczne w ramach ucieczki od mojego ego. Psychologia emocji nie zakłada nieporozumień zwanych WOLNYMI ZWIĄZKAMI, bezuczuciowej NAMIĘTNOŚCI i innych smutnych oznak czasów współczesnych. Nie potępiam, ale i nie rozumiem, a nie rozumiem, bo u licha, słaba jestem i smiem czuć, fascynację i zauroczenie. Napisał Mickiewicz- kobieto, puchu marny... Lecz co jest marnością?
Idę sobie, bo herbata mi się kończy, mój brat o wdzięcznej ksywce KOKSU (:/) pragnie sobie ponapieprzać w jakąś uroczą grę, a ja pewnie udam się na randkę z Dostojewskim raz jeszcze. Pragnę dodać, że moja paplanina wynika zazwyczaj z potrzeby czysto narcystycznej, dotkliwa jest nieco i będzie coraz mocniej, trudno jednak. Pooglądajcie sobie musicale lub Almodovara. Polecam 'Chicago' - z musicali oraz 'Porozmawiaj z nią'- hiszpańskiego reżysera. Szczególnie tę drugą pozycję- łyk kunsztownej goryczy.
Idę sobie, idę. Nastepnym razem obiecuję więcej złośliwości i literatury.
Proszę się trzymać i puszczać, bo słońce nie oznacza odpowiedniej ilości dopaminy i serotoniny. (:
Stosunkowo ogromny słój z landrynkami- owocowymi, pachnącymi i obrzydliwie kolorowymi- stoi na moim, nie owijając w bawełnę, zaburdelonym biurku. Ja natomiast rozgryzam kolejne i kolejne owoce winogrona w ramach akcji 'dodaj sobie szybko glukozy'. Dodaję zatem, czuję pod zębami mnóstwo słodkiego soku i chrupkie pestki ( 'jakie pestki, panienko, to są NASIONA!!!'- rzekłaby pani A. z czystą chęcią mordu mej osoby, ja jednak pozostanę przy pestkach. Chrupkich na dodatek). Słodka ekstaza jest, kolorowe wspomnienie niedorzecznych landrynek jest (namacalne wręcz, tu i teraz. Mozna dotknąc, polizać i zjeść.), rockowa nawalanko-muzyka (zgodnie z zachcianką) w głośnikach jest. O potrzebach nieobecnych nie dzisiaj.
Nie, nie zjem kolejnej landryny- wystarczy, że na nie popatrzę i już mi słodko. Rozkosznie. Yann Tiersen śpiewa i gra (taki obrotny!) mi do ucha, a ja się popisuję (najbardziej przed samą sobą) moja elokwencją. Przejdę zatem do rzeczy (:
Psychologia zakłada, że szczęście to TRWAŁE i UZASADNIONE zadowolenie z życia. O uzasadnienie nie trudno- powodów do szczęścia jest zaiste o wiele więcej, niż ludzi na świecie (ok, wiem, wiem, to ckliwe). Zatem- przypuszczalnego człowieka zadowala żona/mąż kochający, dziecko różowe i słodkie jak moje landrynki, praca dochodowa, samochód jeżdżący i własny, mieszkanie regularnie spłacane, wypady na piwsko/ploty częste i udane. Utopia (hę?) nakarmiona nakoksowaną groteską, jednakże szczerze uważam owy ogólny schemat za wcale nie bardzo odbiegający od rzeczywistości.
Szczęście nieco bardziej spostrzegawczych i wymagających od życia polega na zgoła innym nie-schemacie. Drobne, ogromne ekstazy- na chwilę, pół chwili, kawałeczek momentu, periodycznie, cyklicznie i permanentnie. Codzienna rzeczona herbata, mruczenie kota, pocałunki, gwiezdne niebo i hormonalne uniesienie, zapach truskawek świeżych, zapach truskawek mrożonych, smak grzanego wina, francuski film, gorące łzy na policzku w zimnych okolicznościach, dźwięk wiolonczeli, emocja w głosie oraz w głowie i ekshibicjonizm emocjonalny (rzadki) - ot, moje źrodła szczęścia chwilowego, ulotniejszego niż orgazm i trwalszego niż ludzka głupota (a pffff, jakże lirycznie -,-). Nie odczucia są stałe, tylko źródła emocji. W każdej bezradności i każdej osobowościowej chujni, we wszytkich stanach wkurwienia i 'depresji', strachu- a jakże, nieuzasadnionego- owe powyższe, jak i masa innych rzeczy przyprawia mnie o CHCENIE, o ekstazę, bez mocy ponadsłownych- o sens i w końcu o szczęście. Ciągłe, choć malutkie, urywane.
Ufam, że moja paplanina jest chociaż odrobinę zrozumiała. Jak nie, to trudno. (:
Na koniec pragnę umieścic tu link. Być może nikt tego nie czyta, nie szkodzi, poudaję zatem, że adresuję moje słowa do czytelników. X. Zatem drodzy X, macie tu link z największą poetycką determinacją w aranżacji muzycznej, z dobrą gitarą i ciepłym głosem. Tekst genialny. Chetnie podpisałabym cyrofraf za talent do literackiej genialności. Ale o Literaturze to w inny wieczór.
http://www.youtube.com/watch?v=wV0h7fWm92U&feature=related
Zjedzcie landrynkę. To pomaga, nawet gdy nie pomaga.
Jeśli ten tekst będzie bardzo ironiczny i ą ę inteligentny, to moja przyjaciółka, oficjalnie bądź nieoficjalnie zje mnie- w odwecie za mą paskudność powszednią- na surowo posypując solą.
Będzie zatem w tak zwanej, acz jak na mój skromny (!) gust nie istniejącej NORMIE.
Czyli dziś nie o problemach natury egzystencjalnej, nie o moralności (kusi, mnie, kusi... ulegam- JAKEIJ ZNÓW MORALNOŚCI?!), obejdzie się bez nauki, wygłaszania elitarnych i bystrych uwag i poglądów oraz całego innego wzniosłego badziewia robiącego
1) wrażenie na innych wiecznie elitarnych
2) mnie samej dobrze w moje zajebiście zajebiste jestestwo.
Przeraziłabym się, gdybym uznała, że nie ma w takim razie o czym pisać. A jednak mam kilka pomysłów, jednym z nich jest zbawcza HERBATA. Samo słowo HERBATA napawa mnie gorącą rozkoszą, zapach przyprawia o lekkie dreszcze (to, jak babcię kocham, oznaki uzależnienia, przyznaję). Zatem czym jest herbata? Rytuałem, placebo, koniecznością, kawałkiem dnia lub osobowości?
Pijana od tak dawno, że trudno to sobie obrazowo wyobrazić - szczególnie nieuzdolnionemu matematycznie człowiekowi. Stoi w kieliszku na tacy obok drugiego małego naczynka z wódką przed rozpoczęciem wesela następującego po ślubie młodej pary. Jest poczatkiem dnia wielu ludzi, jest częścią miliardów posiłków dziennie, źródłem teiny i uzależnienia, przyjemnością (smakową, zieloną, w półlitrowym kubku). Pachnie, smakuje, pobudza, ogrzewa, dodaje otuchy. Jest obecna w pytaniu zaczynającym międzyludzkie relacje (kawy czy herbaty?). Tkwi(ła) w rękach poetów, muzyków, królów, chłopów, bezdomych i szarych. Tania i koszmarnie droga, z każdym dodatkiem, jaki jest w stanie wymyslic nasz mózg.
Dość o herbacie. Mam (nie)stety skłonnośc do pisaniaipisaniaipisaaaania. Jak ktos przeczyta to dobrze- na zdrowie. A jeżeli nie- ja przynajmniej sobie zdrowo popiszę.
Z Bogiem dzieciaczki (: